23 stycznia 2017

Rozdział piąty

Marta
Wokół panowała wręcz sakralna cisza przerywana jedynie szelestem przerzucanych kart. Przy jednej z długich i dość podniszczonych ław siedziała drobna dziewczyna pogrążona w lekturze. Praktycznie każdej nocy można ją było spotkać dokładnie w tym samym miejscu, zupełnie jakby żadne inne jej nie odpowiadało. Nawet na blacie widoczne były ślady od przesuwania po nim ciężkich tomiszczy. Brakowało tylko, żeby wyryła swoje imię w drewnie, zaznaczając, że tu nie ma nikt prawa siadać, poza nią oczywiście.
Przed nią leżała ogromna księga, a zważając na oprawę z cielęcej skóry i pożółkłe stronice, musiała być naprawdę wiekowa. Dziewczyna śledziła bursztynowymi oczyma linijkę po linijce zawiłego pisma, nakreślonego czarnym atramentem przez jednego z nieżyjących już zakonników. Wchłaniała każde słowo, zapamiętując je na wieczność. Jej dar i zarazem przekleństwo – niczym niezmącona pamięć.
No, może prawie niczym, bo przecież nie pamiętała swojego Stwórcy, a raczej Stwórczyni. Nieważne, jak bardzo by się starała, to nie mogła w pamięci przywołać obrazu jej twarzy.
Dłoń podparła o policzek, a ciemne włosy opadały na jedną stronę, tworząc gęstą kurtynę, która oddzielała ją od otaczającego świata. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać, gdyby patrzeć na nią z boku. Wyglądała, jakby nic ją nie interesowało, prócz tych zapisanych wieki temu słów. Tylko czasami na czole pojawiała się delikatna zmarszczka świadcząca o konsternacji dziewczyny, ale w ułamku sekundy znikała, a oczy na nowo podejmowały bieg.
Westchnęła cicho, gdy usłyszała gdzieś w oddali kroki. Ktoś kroczył ciemnym korytarzem ku sali, w której się znajdowała. Przez kilka sekund nasłuchiwała uważnie. Osobnik szedł powoli z trudem, zupełnie jakby walczył z własnym ciałem, które wolało usiąść w fotelu i odpocząć. Jeden mężczyzna poruszał się w ten sposób i zazwyczaj lubiła jego towarzystwo, ale dziś było inaczej. Dzisiejszej nocy chciała być sama. Czy tak trudno było to zrozumieć?
Już od kilku dni towarzyszyło jej uczucie melancholii i naprawdę potrzebowała odrobiny samotności. Z biegiem lat przyczepiło się do niej to uczucie i budziło się z letargu, gdy zbliżał się ten dzień – kolejna rocznica przemiany. Chyba zwyczajnie była już zmęczona życiem.
Ostrożnie zamknęła księgę. Przesunęła opuszkami palców po skórzanej oprawie, jakby oddawała jej cześć. Może nie była szczególnie wyjątkowa, przecież przeczytała takich setki, ale za każdą stała wyjątkowa osoba, która spędziła niemal całe życie na jej pisaniu. Cały księgozbiór, który znajdował się w podziemnej bibliotece, to ręcznie tworzone dzieła.
W ogromnej sali panował półmrok, ale dziewczynie to nie przeszkadzało. Szczerze wolała oświetlenie świec. Blask żywego ognia nie męczył tak oczu, a przede wszystkim dodawał ciepła gołym ścianom. Kiedyś próbowała czytać przy sztucznym oświetleniu – istne tortury dla tak wrażliwego wzroku. Nie rozumiała, dlaczego ludzie porzucili świece na rzecz elektryczności. Choć... co ona mogła wiedzieć na temat ludzkiego życia, skoro sama od pięciu wieków była zamknięta pod ziemią?
Odetchnęła z nieskrywaną tęsknotą za światem, którego nie miała możliwości poznać. Potrząsnęła delikatnie głową, żeby odegnać od siebie wszelkie niepożądane myśli. Jednocześnie wyprostowała się na swoim miejscu, a dłonie splotła na kolanach i po prostu czekała.
Kroki ustały tuż przy drzwiach. Doskonale usłyszała, jak na moment serce mężczyzny zamarło, nim zdecydował się nacisnąć klamkę. Nie mogła się powstrzymać i uśmiechnęła się pod nosem. Mimo tylu lat nadal odczuwali wobec niej niepokój. Bawiło ją to, ale i sprawiało przykrość. Przecież zdawali sobie sprawę z tego, że nigdy nikogo nie skrzywdziła. Byli jej rodziną, jedyną, jaką kiedykolwiek posiadała po przemianie.
Drzwi zamknęły się z cichym skrzypnięciem, a serce na nowo podjęło swoją pracę; wtedy odwróciła głowę w stronę przybyłego. Uśmiechnęła się do niego ciepło, a uczucie, którym go darzyła, było widoczne nawet w jej oczach.
– Bracie Mateuszu – przywitała go cichym, ale pewnym i zarazem serdecznym głosem, co spowodowało, że zakonnik się rozluźnił. – Jest mi naprawdę przykro, że nadal się mnie obawiasz. Przecież mnie znasz.
– Przepraszam, Marto. – Spuścił głowę, wyglądał na skruszonego albo zawstydzonego, ciężko było jej to określić.
– Zapomnijmy o tym. – Dziewczyna machnęła lekko ręką, nie miała zamiaru przysparzać mu kolejnych zmartwień. – Co cię sprowadza?
Mateusz z trudem usiadł na miejscu obok. Był już wiekowym mężczyzną. Cierpiał na reumatyzm, nadciśnienie i kilka innych chorób, które nadwyrężały jego ciało, umysł i siły. Przez chwilę z uwagą przyglądała się jego zatroskanej twarzy, pokrytej głębokimi zmarszczkami. Jednak doskonale pamiętała, jak wyglądał sześćdziesiąt lat temu. Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie, gdy wszedł do sali energicznym krokiem i próbował zachowywać się zupełnie normalnie. Oczywiście powiedzieli mu wcześniej, że Marta jest wampirem, ale kto by uwierzył. Tym bardziej był zdenerwowany, gdy dostrzegł kły. Bardzo szybko jednak przywykł do jej obecności. Zaledwie kilka miesięcy upłynęło, a się zaprzyjaźnili.
Przez ostatnie lata to właśnie on był jej opiekunem, z nim była najbliżej. Kochała go, jakby był jej prawdziwym bratem, zresztą tak samo jak jego poprzedników. Dlatego jeszcze mocniej bolały myśli, że Mateusz się starzeje i zbliża ku kresowi swego życia. Nie chciała myśleć o jego śmierci, ale była ona nieunikniona. Na tym polegało ludzkie życie. Ludzie rodzili się po to, żeby umierać. Czas trwania ich istnienia był zaledwie chwilą w porównaniu do długości życia wampira.
– Jeszcze tu jestem – powiedział, jakby czytał jej w myślach. Ujął drobną dłoń wampirzycy w swoje objęcie i delikatnie poklepał.
– I obyś został ze mną jak najdłużej – wyszeptała.
Cieszyły ją chwile takie jak ta. W takich momentach zapominał, kim naprawdę była, a zwłaszcza jaką miała rolę do odegrania. W jego oczach widziała tylko miłość, żadnego strachu czy pogardy.
– Niebawem poznasz mojego następcę. I chciałbym, żebyś przyjęła go tak samo ciepło jak mnie.
Zaczerpnęła głęboko powietrza w płuca, chłonąc przy tym wszystkie otaczające ją zapachy. Czuła woń topniejącego wosku świec, pergaminów i ksiąg ją otaczających, palących się kawałków drewna w kamiennym kominku. Tu był jej dom. W klasztorze mieszkała od samego początku.
Nie pamiętała momentu przemiany ani tego, jak się tu znalazła, ale zakonnicy traktowali ją dobrze. Dostawała krew, miała możliwość kształcenia się, bardzo dużo czytała. Była piękna, inteligentna, wyjątkowa, a mimo to odczuwała pewien dyskomfort. O ile to uczucie, które w niej żyło własnym życiem, można było tak nazwać. Wiedziała, z jakich przyczyn tu jest, list od jej Stwórcy wszystko wyjaśnił. W pewien sposób nawet pogodziła się z wyznaczoną jej rolą, ale wciąż patrzyła, jak życie toczy się wokół niej.
Zakonnicy przychodzili i odchodzili lub umierali. Marta jednak zostawała wciąż taka sama, niezmienna. Po ponad pięciuset latach życia zaczynała mieć tego dosyć. Jak długo można tkwić w miejscu, nawet nie znając przybliżonego czasu swojego przeznaczenia? Mimo wszystko pragnęła czegoś więcej niż siedzenia w tych kamiennych murach, gdzieś głęboko pod ziemią, z dala od wszystkiego. Chciała żyć, zakochać się, poznać takich samych jak ona. Bo przecież nie mogła być jedyna! I nie była... Ta, która ją przemieniła, to też wampirzyca. W liście napisała, że ma trzech braci tego samego gatunku, a jeszcze istniał On – pierwszy, najpotężniejszy wampir – Dracula.
Nie wierzyła, że nie ma innych istot jej pokroju, choć każdy z jej opiekunów zarzekał się, że była jedyną, którą poznali. Czasami się zastanawiała, czy jej nie okłamują, żeby ją tu zatrzymać, ale z drugiej strony, jeśli tak naprawdę chciałaby stąd wyjść, to zwykłe kłamstwo ją przed tym nie zatrzyma. Ale to nie miało już żadnego znaczenia, bo podjęła decyzję, a miała wystarczająco wiele czasu, żeby porządnie się nad nią zastanowić i przeanalizować pod każdym kątem. Oczywiście nie powiedziała o swoich planach Mateuszowi, ale postanowiła wyjść na słońce, gdy on odda ostatni oddech.
Zamrugała kilkukrotnie, uwalniając się ze swoich myśli i skupiając bursztynowe spojrzenie na mężczyźnie obok siebie.
– Nie to cię trapi – stwierdziła, wyczytując to z jego oczu.
Westchnął głośno, przymykając na chwilę powieki. Nie tylko był przygnębiony, ale też podenerwowany. W końcu była dla niego wszystkim. Z czasem pokochał ją miłością bezgraniczną i bezwarunkową. Ale nie jak mężczyzna kobietę, tylko jak ojciec kochający dziecko. Pragnął ją chronić. Nie zgadzał się z jej przeznaczeniem. Może i była wampirem, ale powinna mieć normalne życie.
– Chcieli, żebym ci nie mówił. – Zawahał się przez ułamek sekundy, ale pokręcił głową i kontynuował. – Ale musisz wiedzieć, żeby w razie potrzeby obronić się albo uciec. Podejrzewają, że ten czas się zbliża. Widziano znak, który świadczy o jej obecności.
Zakonnik zadrżał po wypowiedzeniu ostatniego słowa. Marta uspokajającym gestem pogładziła jego ciepłą dłoń. Z uwagi na stan jego serca, nie powinien się tak denerwować, a zwłaszcza o nią.
Odetchnęła głęboko, przymykając na moment oczy, żeby nie dostrzegł w nich błysków złości.
Akurat teraz, gdy postanowiła zakończyć swój żywot, ona musiała się pojawić. Miała na to pięćset lat. Gdyby wiedziała, że decyzja o zakończeniu swojego życia przyśpieszy pojawienie się „znaku”, już dawno wybrałaby świt. Ale przecież miała świadomość, że to tylko zbieg okoliczności.
– Wszystko będzie dobrze. – Marta w końcu spojrzała na Mateusza, uśmiechając się ciepło. – Przecież właśnie po to się mną opiekowaliście: żebym zniszczyła Lilith.

Witajcie Kochani!
Kolejny rozdział i poznajemy, a raczej Wy poznajecie nową postać – Martę. Za dużo o niej powiedzieć na razie nie można, tak mi się przynajmniej wydaje, choć może z Waszej perspektywy wygląda to inaczej.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze, a przede wszystkim za motywację, która się z tym wiąże. Miło wiedzieć, że kogoś ciekawi ta historia. ^^

4 komentarze:

  1. Hej :3
    Postać Marty po prostu mnie urzekła. Uwielbiam Camę, a i do Amelii nic nie miałam, choć po jednym rozdziale trudno mi ją ocenić. Niemniej ta z dziewcząt ma mnie całą, być może dlatego, że mogę ją zrozumieć – samotniczka z książką w ręce. Witaj, zaginiona siostro ;-;
    Podoba mi się to, jak różnorodne, całkowicie inne pod względem charakteru postacie przedstawiasz. Teraz mamy dziewczynę, która właściwie całe swoje „życie” spędziła w zamknięciu. Podobał mi się opis jej relacji z zakonnikami, zwłaszcza z Mateuszem. Miała bardzo dużo szczęścia, bo przy wierzeniach i roli ludzi, którzy oddali się Bogu, tych pięćset lat temu mogłaby co najwyżej liczyć na natychmiastową śmierć. Teraz sama o tym myśli i to na swój sposób mnie rozbraja – ten smutek oraz bezwarunkowa miłość, która sprawia, że jest gotowa oddać się świtu. Smutne jest to, że Marta nigdy tak naprawdę nie żyła i nie daje sobie na to szansy, choć przecież mogłaby odejść, by dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Jasne, przywiązała się do tego, co ma i na swój sposób na pewno się boi, ale czy samobójstwo jest lepszą alternatywą od próby zawalczenia o siebie? Teraz tego nie zrobi, bo sprawy się skomplikowały, ale mimo wszystko po prostu mi jej szkoda.
    Właściwie nie mam pewności, co myśleć o końcówce. Na pewno została przemieniona przez kogoś z bliskiego otoczenia Draculi… Tak sądzę. Ma dobre korzenie, że tak się wyrażę xD I rolę do odegrania, a przynajmniej to sugerują jej słowa – to, że została wyznaczona do zabicia Lilith i czekała na jej powrót, by tego dokonać. Cóż, doczekała się. Teraz pytanie brzmi: co będzie dalej i jak losy wszystkich trzech pań się połączą ;> Dlaczego zwłaszcza teraz mam wrażenie, że Amelia została wybrana jako jakieś naczynie dla Lilith? Tak sobie gdybam :D
    No nic, czekam na kolejny. Weny!

    Nessa.

    PS. „Przepraszam Marto.” – przecinek przed imieniem, bo to wtrącenie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej ^^
      Gdy czytałam Twój komentarz, pojawił się u mnie uśmiech, bo Twoje słowa potwierdzają, że można odebrać moje opisy tak, jak sobie wymyśliłam. Daje mi to wiele motywacji, no i radości. :)
      I dokładnie jest tak jak napisałaś, że się boi, bo jednak przez pięćset lat świat się zmienił i dla kogoś takiego jak ona, może być przerażający. Ale w szczególności boi się kolejnej utraty kogoś, kogo kocha. A do tego świadomość, że tak właśnie będzie, że Mateusz umrze, po nim przyjdzie kolejny, którego znów pokocha i będzie czekała, aż śmierć przyjdzie i po niego. Dlatego według niej świt jest lepszym rozwiązaniem, niż godzenie się z kolejną stratą, tylko po to, żeby przygotowywać się na następną.
      Co do osoby, która przemieniła Martę, to się zgodzę. A co do reszty, to nie potwierdzam i nie zaprzeczam. ;)

      Dzięki za błąd, musiałam go „zeżreć”. :)
      Pozdrawiam! ^^

      Usuń
  2. Witam;)
    Postać Marty mnie zaintrygowała.
    Kim ona jest? Czy naprawdę należy do jedynej ze swojego pokroju? Jaką role odegra w tej historii? Widze, że przebywa w jakimś rodzaju klasztoru czy coś takiego. W sumie trochę mnie zaskoczyłaś i mam więcej pytań niż wcześneij. To opowiadanie naprawdę mnie wciągnęło. Nie spodziewałam się tego. A jednak. I oczywiście proszę o więcej postaci. Opowiadanie powoli się rozwija a to właśnie lubię.
    Czekam na news i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Dużo pytań, na które nie mogę odpowiedzieć. :) Choć, to że nie jest jedynym wampirem my wiemy, no ale ona nie spotkała żadnego. Wszystko z pewnością z czasem się rozjaśni i nabierze sensu. :)
      Dzięki za odwiedziny! ^^

      Usuń