16 maja 2017

Rozdział czternasty

Marta
Nagle ogarnęło ją uczucie niepokoju. Otworzyła oczy i ze strachem rozglądała się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, nie zauważyła nic dziwnego, ale z sekundy na sekundę lęk stawał się silniejszy, aż zaczęło brakować jej tchu. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś podobnego i to nowe uczucie wcale jej się nie spodobało. Pod powiekami zapiekły łzy, a żołądek skręcał się w falach mdłości.
Ostrożnie wstała z łóżka i dopiero wtedy dostrzegła, że drży na całym ciele. W ciemności przyglądała się swoim trzęsącym się dłoniom, jednocześnie chcąc nad nimi zapanować, ale zdawało się, że przestała kontrolować własne ciało.
Stała pośrodku pomieszczenia, próbując namierzyć źródło niepokoju, ale nie udało się jej to. Czuła się tak, jakby ktoś ją obserwował, czekając na dogodny moment do ataku.
Głośno przełknęła ślinę i zmuszając swoje kończyny do ruchu, podeszła do szafy. Starała się ubrać jak najszybciej, ale strach wcale jej w tym nie pomagał. Wzięła kilka głębokich wdechów, co tylko spotęgowało nieprzyjemne uczucie. Zupełnie jakby zło oblepiało jej wnętrzności.
Gdy usłyszała pierwszy krzyk, była pewna, że się przesłyszała, ale przez przestrzeń potoczyły się kolejne wrzaski, a dziewczyna zesztywniała. Samą siebie próbowała przekonać, że te dźwięki dochodziły gdzieś spoza zakonnych terenów. Co wydawało się mimo wszystko absurdalne. Przecież w pobliżu nie było żywej duszy. Zakon znajdował się na uboczu, a w nocy nikt do niego nie przyjeżdżał.
Skoncentrowała się na sobie, na tym by uspokoić swoje rozszalałe serce i wyczuć coś na wyższych poziomach. Gdy tylko dotarła do niej woń krwi, kły zapulsowały boleśnie. Zapach stał się tak intensywny, że aż duszący. Zacisnęła zęby i zasłoniła usta dłonią, żeby nie zwymiotować, choć nie wiedziała, czy to w ogóle możliwe w przypadku wampira.
Odór śmierci powoli wdzierał się przez szczelinę pod drzwiami, powodując paraliż u wampirzycy. Wiedziała, że powinna się ruszyć i uratować zakonników, jej jedyną rodzinę, ale nie potrafiła. Strach okazał się silniejszy, a krzyki i wycie, tylko potęgowały przerażenie.
Upadła na kolana i zasłoniła dłońmi uszy, chcąc zablokować wszystkie odgłosy rzezi. Płakała. Płakała nad własną słabością. Nad tym, że to ona miała być nadzieją ludzkości, a nie była w stanie wyjść i obronić Mateusza.
Mateusz...
Ta jedna myśl zabłysła w jej umyśle, dając namiastkę spokoju. Stała się kotwicą, której się uczepiła, żeby nie zatonąć w morzu bólu, chaosu i strachu. Przecież on w nią wierzył, dla niego musiała się postarać i wyjść naprzeciw swoim lękom.
Starła rękawem łzy z twarzy. Zamrugała kilkukrotnie, żeby wyostrzyć obraz. Gdy w końcu zdecydowała się podźwignąć z kolan, poczuła czyjąś obecność po drugiej stronie drzwi. Zatrzymała się w półkroku i wciągała w nozdrza zapach, ale zdecydowanie go nie poznawała.
– Kto tam jest? – wydusiła z siebie drżącym głosem, ale odpowiedziała jej cisza.
Na nogach jak z waty, niemal w żółwim tempie, zbliżyła się do drzwi, a gdy wyciągnęła dłoń w stronę klamki, uderzyła w nią fala naelektryzowanego powietrza, której towarzyszyły niezrozumiałe szepty.
Dziwny zapach zanikał i poczuła, że znów jest sama.
– Zaczekaj! – krzyknęła i dopadła do drzwi.
Szarpnęła kilka razy za klamkę, ale ta nie ustąpiła. Uderzyła barkiem o drewnianą powierzchnię, która nawet nie drgnęła. Ponowiła natarcie kilka razy, wciąż z takim samym efektem. Na jej policzkach pojawiły się rumieńce, a krew szaleńczo krążyła w żyłach. Przeżyła pięć wieków jako wampirzyca, była silniejsza, szybsza, zwinniejsza, a nie potrafiła wyjść ze swojego pokoju.
Zacisnęła szczękę, stanęła pod ścianą i wykorzystując krótki rozbieg, z całym impetem wpadła na drzwi, a następnie osunęła się na podłogę. Drewno nawet nie skrzypnęło. Nie miała pojęcia, co się właściwie działo, bo jakim cudem nie mogła wyjść?
Zrobiła głęboki wdech, napełniając powietrzem płuca, aż niemal poczuła fizyczny ból. Skupiła się na swoich zmysłach i zaczęła nasłuchiwać.
Brakowało jej ludzkich odgłosów – żadnych krzyków, wrzasków, błagań, lecz gdy skoncentrowała się dostatecznie, usłyszała ciche jęki agonii.
W gardle zaczęła rosnąc potężna gula, a pod powiekami zapiekły łzy. Jej rodzina umierała, a ją ktoś tak po prostu zamknął za zwykłymi drzwiami.
Poderwała gwałtownie głowę, gdy coś zawyło, przyprawiając ją tym o nieprzyjemny dreszcz. Poczuła się tak, jakby wylano na nią kubeł z lodowatą wodą. Kolejny złowrogi skowyt, wściekłe warknięcie, jęk bólu. Nasłuchiwała jak kakofonia rozbrzmiewała po górnych poziomach, ale z każdą kolejną sekundą, ubywało z niej dźwięków, aż wszystko ustało. W jednej chwili ogarnęła ją głucha, przerażająca cisza.
Powietrze przy drzwiach znów się naelektryzowało, przez co Marta odskoczyła od nich jak poparzona. Lekki powiew wplątał się w jej włosy i delikatnie musnął policzek. Na moment zabrakło jej powietrza. Była w stanie przysiąc, że ktoś pogładził ją po twarzy, ale przecież stała w pokoju sama. Ona nie wyszła z niego, a tym bardziej nikt nie wchodził. Jednak ta subtelna pieszczota zawierała w sobie wiele współczucia, choć nie wiedziała skąd u niej pewność co do tego.
Niepewnie, wręcz z obawą podeszła do drzwi. Gdy nacisnęła na klamkę, ta bez najmniejszych oporów ustąpiła. Marta już chciała wyjść na korytarz, ale coś wewnątrz niej kazało się cofnąć i wyciągnąć z dna szuflady stary list. Wampirzyca złożyła go do jak najmniejszego formatu, po czym wsunęła sobie za materiał stanika.
Z duszą na ramieniu przemierzała podziemne korytarze, ale nic nie znalazła, lecz gdy wspinała się po schodach, zapach krwi stał się znacznie intensywniejszy, wręcz nie do zniesienia. Przycisnęła dłoń do ust, żeby opanować szloch, który wzbierał się w jej gardle. Kolejne kroki wymagały od niej niezwykłego wysiłku, bo nogi stały się ciężkie jak z ołowiu. Każda komórka jej ciała krzyczała, żeby uciekała, że nie powinna oglądać tego, co się stało, ale był Mateusz. Musiała go odnaleźć, nie mogła go tak po prostu zostawić.
Przekroczyła próg sali, w której zakonnicy odbywali wieczorne czuwanie. Odór śmierci uderzył w nią z taką siłą, że ugięły się pod nią kolana i prawie upadła. Łzy spływały po policzkach gorącym strumieniem i z ledwością łapała oddech. Zrobiła kilka kroków w głąb pomieszczenia, omijając kałuże krwi. Błądziła przerażonym wzrokiem po porozrzucanych ciałach, doszukując się, choć najmniejszych oznak życia. Niestety jedynym bijącym sercem, było jej własne.
– Mateusz?
Wypowiedziane słowo przypominało bardziej jęk, aniżeli imię jej opiekuna. Wiedziała, że on nie żyje, czuła to całą sobą, ale nie chciała w to uwierzyć. Kto mógł zrobić coś takiego? Tyle niewinnych ludzi zginęło... Czyżby to przez nią? Ta myśl sprawiała, że żółć z żołądka podchodziła jej do gardła. Nigdy nie pragnęła czyjejś śmierci. Była czym była, ale nigdy nikogo nie skrzywdziła. Nie znała uczucia nienawiści do momentu, aż w kącie sali zobaczyła ciało swojego przyjaciela.
Spazmatycznie zaczerpnęła powietrza, a kolejna fala łez wylała się z jej oczu. Doskoczyła do Mateusza i padła na kolana tuż obok niego, nie zwracając najmniejszej uwagi na wszechobecną krew. Dłońmi błądziła po szacie zakonnika, a ryk wściekłości wzbierał w jej ciele, domagając się uwolnienia. Zamarła, gdy ręka dotarła do klatki piersiowej i wpadła w głęboką ranę. Zacisnęła powieki, starając się opanować falę mdłości. Ostrożnie rozdarła tkaninę habitu, a źrenice w jej oczach pochłonęły bursztynowe tęczówki.
– To niemożliwe... – wyszeptała łamiącym się głosem.
Mężczyzna nie miał serca. Ktoś wyrwał je z jego ciała. Przełknęła z trudem ślinę i spojrzała na swoje dłonie, które całe były ubabrane w krwi. Na czworakach odsunęła się od zwłok Mateusza, a wzrok przeniosła na młodego, półnagiego chłopaka. Zmarszczyła brwi, próbując odnaleźć go w pamięci. Przesunęła się w jego stronę i wstrzymała oddech. Jego zapach dusił i gryzł w gardło, aż zaniosła się kaszlem. Z pewnością go nie znała. Nie należał do zgromadzenia.
Opanowując strach i złość, podźwignęła się na nogi i ponownie przyjrzała się ciałom. Dopiero wtedy zauważyła, że one nie należą tylko do mieszkańców klasztoru. Tych o odrzucającym, ostrym zapachu naliczyła czterech – każdy miał rozszarpane gardło.
W pośpiechu wycofała się z sali i niemal biegiem ruszyła korytarzem, kierując się wyłącznie tym, co podsuwała jej intuicja. Kątem oka zauważała na ścianach szkarłatne ślady, a w ciemnych wnękach leżące ciała. Nie zastanawiała się kim byli. Obcy, czy zakonnik – jakie to miało znaczenie, skoro i tak nie żył? Pragnęła się wydostać z budynku. Nie mogła przebywać dłużej w miejscu, w którym zewsząd napływał do niej odór śmierci.
Nie myśląc nad tym, co tak właściwie robi, pchnęła drzwi. Chłodna noc otuliła wampirzycę, przynosząc natychmiastową ulgę. Marta poczuła się jak dziecko, które uciekło z domu i właśnie wróciło, a matka przyjęła je bez zbędnych pytań i wyrzutów.
Upadła na kolana i zaczęła płakać, chowając twarz w dłonie. Czuła się rozbita; z jednej strony przytłaczał ją ogrom zła, które nadal krążyło w powietrzu, ale z drugiej poczuła się wolna. Pierwszy raz od momentu przemiany opuściła podziemia klasztoru.
Poderwała nagle głowę i przewróciła się do tyłu, gdy nad nią zapikował nietoperz. Stworzenie zwinnie wyminęło kobietę i pochwyciło w pyszczek uciekającą ćmę. Mimo że trwało to zaledwie kilka krótkich sekund, to Marta widziała wszystko dokładnie, jakby oglądała nagranie puszczone w zwolnionym tempie. Uśmiechnęła się delikatnie na ten widok, a jej serce podjęło równy rytm.
Zapomniała jaki świat był piękny, a może po prostu jako człowiek tego nie dostrzegała, a jako wampir... No cóż... Nie miała okazji go poznać.
Uniosła twarz w stronę granatowego nieba i przez chwilę wpatrywała się z zachwytem w gwiazdy, częściowo przysłonięte przez wędrujące chmury. Całą sobą chłonęła otoczenie. Zaskoczona nowymi dźwiękami i zapachami, jakby trwała w letargu, podniosła się na nogi. Zrobiła kilka kroków w przód, nasłuchując szumu oddalonego o kilkaset metrów lasu. Gdzieś z prawej strony docierał do niej zapach wody wymieszany z wonią lisa, który skradał się brzegiem rzeki. Natomiast z lewej dobiegało ją pohukiwanie sowy siedzącej na gałęzi samotnego drzewa.
Zdawało się, że natura wzywa ją do siebie, obiecując spokój i szczęście, miłość i spełnienie – wszystko to, czego tak brakowało jej w zamknięciu.
Zamrugała kilkukrotnie i obróciła się w stronę budynku. Jej żołądek wywinął salto, a w gardle znów urosła gula w wielkości zaciśniętej pięści. Wpatrywała się w mury, zastanawiając się, co począć dalej. Zupełnie nie wiedziała, jak powinna się zachować. Do środka nie mogła wrócić, o tym jednym była przekonana. Ale w takim razie, co dalej? Noc wiecznie trwać nie będzie, a ona musiała znaleźć schronienie przed słońcem.
Objęła się rękoma i potarła ramiona, żeby dodać sobie tym gestem otuchy. W duchu przeprosiła Mateusza, że nie zdołała go ocalić, po czym ponownie odwróciła się i ruszyła błotnistą drogą zupełnie nieświadoma, że ktoś ją obserwował.

Jeden z tych rozdziałów, który pisało mi się mega przyjemnie, choć z pewnością do najprzyjemniejszych nie należy. Nie musiałam się zastanawiać nad tym, co ma być dalej, jakich słów użyć. Można powiedzieć, że napisał się sam. Mam nadzieję, że również lekko i z przyjemnością się go czytało.
Dziękuję Wam bardzo, że jesteście ze mną przy tej historii.

1 komentarz:

  1. Hej :D
    O mój… Co tu się wydarzyło? ;-; Wiedziałam, że ten gif w połączeniu z perspektywą Marty nie wróży nic dobrego, ale nie spodziewałam się rzezi. Naprawdę, początkowo nie byłam pewna, co czytam. Ta jej dezorientacja, rozpacz i to, że pomimo bycia istotą nieśmiertelną z pięcioma wiekami doświadczenia (rzekomego, skoro większość czasu spędziła w klasztorze), była tak przerażona i bezradna… To okropne uczucie – nie móc pomóc, choć ma się wrażenie, że powinno. A ona traktowała tych ludzi jak rodzinę.
    Kto i dlaczego to zrobił? Wyrwane serce… I te dziwne istoty, które widziała Marta. Czyżby wilkołaki, które zaginęły? Nie jestem pewna, ale na pewno wydarzyło się coś istotnego. To, że nie mogła wyjść z tego pokoju, a wcześniej czuła czyjąś obecność, również dało mi do myślenia. Kto ją powstrzymał? Do głowy przyszło mi, że Mateusz, chociaż nie wiem czy to ma sens. Ale wiesz jakimi wątkami się fascynuję, więc i tu doszukiwałam się czegoś więcej =P Mam wrażenie, że to zamknięcie było istotne – bo w innym wypadku Marta mogłaby znaleźć się w samym środku rzezi, która rozegrała się tuż pod jej nosem.
    Zadziwiające jest to, jak wiele sprzecznych emocji targa tą kobietą. Straciła wszystko, ale… Ale w jakimś stopniu poczuła ulgę, prawda? To, że w końcu opuściła podziemiach, przyniosło jej swego rodzaju spełnienie, bo już szalała od tego zamknięcia. Wcześniej nie widziała powodu do życia, ale teraz… Możliwe, że z daleka od klasztoru przypomni sobie, czym jest życie. Ewentualnie będzie napędzała ją zemsta, bo nie sądzę, żeby ot tak zaakceptowała, że ktokolwiek wymordował zakonników. Zwłaszcza Mateusz znaczył dla niej zbyt wiele, zresztą to wampirzyca – istota stworzona do zabijania, nawet jeśli w przypadku Marty trudno to sobie wyobrazić.
    Rozdział zdecydowanie na plus, a ja czekam na więcej. Robi się naprawdę interesująco ;>
    Weny!

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń