21 lipca 2017

Rozdział osiemnasty


Camilla
Wampirzyca krążyła po pokoju i nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że czegoś jej brakuje, zupełnie jakby zapomniała o czymś bardzo istotnym. Zatrzymała się gwałtownie, zaczerpnęła powietrza, po czym potrząsnęła energicznie głową i ponownie ruszyła.
Czuła się jak zwierzę zamknięte w klatce, które doskonale zdawało sobie sprawę, że ktoś je obserwował i tylko czekał, aby zaatakować. A to, że Lucio nie chciał z nią rozmawiać i ignorował ją od czasu spięcia na osiedlu wilkołaków, wcale nie pomagało. Przecież minęło dziesięć dni, a on wciąż chodził obrażony. W dodatku Nikolaj zniknął z dnia na dzień. Może i wcześniej tego pragnęła, ale w obecnym położeniu wcale jej się to nie spodobało. Coś wisiało w powietrzu, czuła to całą sobą, choć nie potrafiła odpowiednio zinterpretować złych przeczuć, ani znaleźć ich źródła.
Pogrążona w myślach, nawet nie wyczuła, że ktoś zbliża się do drzwi. Podskoczyła, gdy ów osobnik zasygnalizował swoją obecność stukaniem. Szybko jednak zreflektowała się, iż to Anton i odetchnęła z ulgą. Przynajmniej on nie traktował jej jak intruza.
– Wejdź – rzuciła w stronę drzwi i opadła na łóżko.
– Coś ty zrobiła? – szept Antona wprowadził ją w konsternację. Podniosła się do pozycji siedzącej i wpatrywała się w niego z uchylonymi ustami. – No mów.
– Nic – odpowiedziała dopiero po chwili. – Przecież praktycznie nie wychodzę, co niby miałam takiego zrobić?
– Musiałaś znów coś odpierdolić, bo Lucio jest wściekły.
– A czy to pierwszy raz? – Wzruszyła ramionami i z powrotem się położyła.
– Cama! – Anton pociągnął wampirzycę za ręce, tym samym stawiając ją do pionu. – Nigdy nie był na ciebie TAK wściekły. Nie chciał nic powiedzieć, tylko kazał cię przyprowadzić.
– Naprawdę nic nie zrobiłam. Do nikogo nie strzelałam, z nikim się nie biłam. Nawet nie pożywiałam się na mieście, tylko brałam krew z woreczków. W tym przypadku musiało mu się coś popierdolić.
– Chyba sama w to nie wierzysz – mruknął pod nosem i ruszył w stronę drzwi. – Chodź.
Camilla szła za Antonem z dumnie uniesioną głową i przeświadczeniem o własnej racji, ale gdy tylko znalazła się w gabinecie Lucia, poczuła się niepewnie. Złowroga aura rozchodziła się po pomieszczeniu, przez co wampirzyca miała ochotę po prostu wyjść i zaczerpnąć nocnego powietrza. Jednak zacisnęła zęby, dłonie zwinęła w pięści, a odległość od wejścia do biurka przemierzyła pewnym krokiem.
– Chciałeś...
– Daruj sobie. – Lucio spojrzał twardo w oczy Camy, a Antonowi dał znak, żeby zamknął drzwi, ale został z nimi. Wskazał palcem na wampira. – Nie jestem uprzedzony, szalony, głupi, czy co sobie wymyślisz, żeby jej bronić, dlatego będziesz świadkiem tej rozmowy.
– Luco, do cholery, możesz powiedzieć o chodzi?! – Camilla wpatrywała się w swojego przywódcę, nic nie rozumiejąc.
– Oczywiście, że ci powiem. – Rzucił na biurko kopertę, z której wysypało się kilka zdjęć. Gwałtownie wstał i w ułamku sekundy znalazł się tuż przy wampirzycy. – A ty mi powiedz, co to, kurwa, ma być.
Camilla nachyliła się nad biurkiem. Przesuwała drżącą dłonią fotografie, uważnie się im przyglądając. Otwierała, to zamykała usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Serce tłukło się w jej klatce piersiowej z taką intensywnością, że chyba tylko cudem nie wyrwało się na wolność. Każdy mięsień w jej ciele napinał się boleśnie w zaprzeczeniu, ale ona tylko stała i wodziła wzrokiem pomiędzy twarzami. Na każdym zdjęciu widziała siebie w towarzystwie różnych mężczyzn, chociaż może lepszym określeniem było „chłopców”. Nie mogli mieć więcej niż dwadzieścia lat, a gdy na kilku fotografiach dostrzegła znajomy tatuaż i błysk szkarłatu w oczach, nabrała przekonania, że patrzyła na wilkołaki.
– Ja... – zaczęła, ale znów zamknęła usta. Usta jej drżały, a głos się załamywał. Potrząsnęła przecząco głową. – To nie ja.
– Czy ty masz mnie za idiotę? – Lucio wpatrywał się w nią tak długo, aż odwróciła twarz w jego stronę. – Ślepy też nie jestem. To nie fotomontaż i zdjęcia nie są z jednego źródła, pochodzą z całej Polski w dodatku od kilku wampirów.
– Lucio, to naprawdę nie ja. Musisz mi uwierzyć. – Spojrzała na niego w niemal błagalny sposób, ale na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia.
– Nic nie muszę. Zawsze ci wierzyłem, pomagałem, chroniłem, traktowałem jak kogoś bliskiego. Zawsze stałem za tobą murem! Z niejednego bagna wyciągałem, choć inni na twoim miejscu straciliby życie! A ty jak się odwdzięczasz?! Spiskujesz z wilkołakami przeciwko mnie! Zachciało ci się władzy?! Myślisz, że Lilith ci w tym pomoże?!
– To nie ja! – krzyknęła w odpowiedzi, a w jej oczach pojawiły się łzy.
– Nie unoś się – warknął, pochylając się w jej kierunku, a palcem zastukał w jedno ze zdjęć. – Jak to wytłumaczysz? To jesteś ty, a ten tatuaż, to znak tej demonicznej suki.
– Proszę, zaufaj mi ten ostatni raz. Wyjaśnię to, ale nie teraz. – Wpatrywała się w czarne tęczówki, ale wiedziała, że przegrała. On już spisał ją na straty; stała się dla niego wrogiem. Odwróciła głowę w stronę drugiego wampira. – Antoś, to nie jestem ja.
– Przykro mi – wyszeptał, odkładając fotografię na blat, na której Cama stała w czarnej, idealnie dopasowanej sukience z założonymi rękoma na piersi, a po jej bokach znajdowały się dwa wilkołaki.
– Ostatnia szansa. – Lucio usiadł w fotelu, a palce dłoni splótł ze sobą i oparł je o blat biurka. Camilla nic nie powiedziała, tylko pokręciła w zaprzeczeniu głową. – Świetnie. Staniesz przed Sądem.
– Wolę wyjść na świt – wydusiła przez zaciśnięte zęby.
– Wiem. – Uśmiechnął się ponuro. – Ale ja chcę wiedzieć, dlaczego nas zdradziłaś. Twoja śmierć nam tego nie powie.
– Nie zdradziłam – wyszeptała, ale on już nie słuchał. Zajął się zbieraniem zdjęć i wrzucaniem ich do koperty. Spojrzała jeszcze raz na Antona, ale ten odwrócił wzrok.
Przez zaledwie kilka sekund całe życie przeleciało jej przed oczami. Zarówno to ludzkie, jak i to wampirze; te pojedyncze, dobre chwile, które pamiętała jak przez mgłę, ale i te przepełnione cierpieniem, które ją zniszczyły. Zamrugała, aby powstrzymać napływające do oczu łzy, a gdy chciała odejść, zawahała się. Tutaj był jej dom i rodzina. Wystarczyło wyznać im prawdę, a z pewnością nie odwróciliby się od niej, ale Cama nie potrafiła zmusić się, aby to zrobić.
Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z kolejnym pęknięciem na sercu. Gdy znalazła się przy drzwiach i miała już je otworzyć, zatrzymał ją głos Lucia.
– Nikt ci nie pomoże. Jeśli uciekniesz, to i tak przyprowadzą cię do mnie.
Ostatnie słowa wampira pozbawiły ją jakichkolwiek złudzeń, że uniknie Sądu. Nie kłamała, ani nie prowokowała go, mówiąc, że woli świt od trójki wampirów, która osądzała swoich pobratymców w sprawach patowych. Co prawda ona osobiście nigdy ich nie spotkała, a plotki, które krążyły o Sędziach, nie mroziły krwi w żyłach, ale wiedziała co oni potrafili i wolała trzymać się z dala. Nie miała zamiaru wpuszczać kogokolwiek do swojej głowy, żeby zmusił ją do wyjawienia najgłębiej skrywanych sekretów – nie przed całym klanem; właśnie w ten sposób działali Sędziowie. Trzy najstarsze, a przez to też najsilniejsze wampiry, które chodziły po świecie, posiadały pełne prawo do zaglądania w umysły swoich pobratymców i zmuszania ich do ujawnienia pragnień, nadziei, lęków, zbrodni, grzechów. Niektórzy uważali ich za ostatnią deskę ratunku; przekonani o własnej niewinności, wręcz żądali procesu, ale nie Camilla, dla niej ujawnienie przeszłości, równało się z zakończeniem życia.
Nie będę baranem prowadzonym na rzeź!
Wampirzyca zamknęła się w pokoju i na nowo zaczęła po nim krążyć. W jej wnętrzu szalała burza, której nie potrafiła okiełznać, ani też nazwać pojedynczych, kłębiących się emocji. Jednocześnie czuła się zła, rozżalona, odrzucona i tak bardzo samotna, że aż ją to przerażało.
Przeczesała placami włosy i przygryzła dolną wargę tak mocno, aż poczuła krew na języku. Sięgnęła po telefon pozostawiony na stoliku i wiele się nie zastanawiając, wybrała numer do pierwszej osoby, która przyszła jej do głowy.
– Paweł? Potrzebuję pomocy. – Cisza w słuchawce, a później ciężkie westchnienie nie wróżyły nic dobrego.
– Lucio już do mnie dzwonił. – Znów zamilkł, a Camilla poczuła pod powiekami łzy, których tym razem nie powstrzymywała. – Przykro mi.
– Jasne, tobie jest przykro...
– Camilla, jeśli ci pomogę, uzna to za złamanie rozejmu...
– Tak, wiem. Nie możesz narażać stada. – Otarła łzy i wciągnęła powietrze ze świstem. – Muszę kończyć.
Usiadła na łóżku i wpatrując się w wyświetlacz, zaciskała dłoń, aż usłyszała trzask pękającego plastiku. W końcu rozluźniła palce, a to co zostało z komórki, wylądowało na podłodze. Przymknęła powieki, biorąc jednocześnie głęboki wdech. Musiała myśleć racjonalnie, skupić się na tym co wiedziała i co była w stanie zdziałać. Nie mogła pozwolić, aby emocje przejęły nad nią kontrolę, bo akurat to nigdy jej nie pomogło. Nie posiadała zbyt wielu możliwości, a każda kolejna wydawała się gorsza od poprzedniej.
Wstała gwałtownie, gdy poczuła już znajome szarpnięcie gdzieś wewnątrz siebie, a tuż za nim podszept intuicji. Podeszła do drzwi balkonowych i chwilę wpatrywała się w niebo. Do świtu została niespełna godzina.
Istne szaleństwo...
W mgnieniu oka znalazła się przy szafie. Wyciągnęła z niej bordowy sweter, czarne spodnie z grubego materiału, ciepłą kurtkę, której praktycznie nigdy nie nosiła i starą, już zniszczoną arafatkę. Nawet nie zastanawiała się, dlaczego akurat te rzeczy wybrała, tylko zaczęła je zakładać. Rozejrzała się po pokoju, po czym znów stanęła przy drzwiach i czekała.
Z każdą kolejną minutą niebo robiło się jaśniejsze, a serce Camy przyspieszało. Starała się oddychać równo, spokojnie, ale słabo jej to wychodziło. Strach rozprzestrzeniał się po jej ciele w powolny, niemal leniwy sposób, doprowadzając ją do szaleństwa. Zaciskała, to rozluźniała dłonie, chcąc dzięki temu zapanować nad ich drżeniem, co w nawet minimalnym stopniu się nie udało.
Gdy pierwsze promienie wyłoniły się z pomiędzy chmur, założyła arafatkę na głowę i szczenie zasłoniła twarz. Zrobiła głęboki wdech i nie dając sobie czasu na zmianę decyzji, wyszła na balkon. Zmrużyła oczy, które natychmiast zaczęły łzawić. Przeskoczyła przez balustradę, lądując z gracją na trawniku. Rozejrzała się dookoła, po czym ruszyła w stronę ogrodzenia. Przemieszczała się z nadludzką prędkością, pozostając jedynie smugą ciemnych barw dla zbyt wolnego oka, ale to jednak nie chroniło ją przed słońcem.
Dotarła do jednego z parków i wpadła pomiędzy gęsto rosnące drzewa. Skuliła się pod jednym z nich, a z jej gardła wydobył się jęk bólu. Uniosła drżące dłonie na wysokość oczu, żeby się im lepiej przyjrzeć. Skrzywiła się, gdy na skórze pojawiły się pierwsze pęcherze.
– Dasz radę... – Zacisnęła zęby, starając się zwalczyć narastający ból i zerwała się do biegu.
Uciekała, jakby gnało za nią stado wściekłych wilkołaków, ale z każdym kolejnym kilometrem słońce znajdowało się wyżej, opuszczały ją siły i choć trzymała się cienia, czuła, jakby sam ogień trawił jej skórę. Jednak nie dawała za wygraną i uparcie przesuwała się do przodu.
Nie sprawdzała, jak daleko znalazła się od Poznania, ale wiedziała, że dalszy bieg oznaczał śmierć. Musiała się gdzieś ukryć i przeczekać do zachodu słońca.
W lesie, w którym się zatrzymała, dostrzegła zarys czegoś, co przypominało ściany z kamienia, a może tylko kilka sporych głazów. Pewności nie miała, bo opuchlizna wokół oczu i wciąż wypływające z nich łzy, skutecznie utrudniały wyostrzenie obrazu. Przytrzymując się kolejnych drzew, dotarła do rozsypującego się budynku.
Przeszukała trzy pomieszczenia i zawyła w duchu, bo nigdzie nie znalazła wejścia do piwnicy, a znaczyło to tyle, że ten dom takiej nie posiadał.
Ostrożnie zsunęła materiał z twarzy, bo przy każdym ruchu drażnił poparzoną skórę, sprawiając tym dodatkowy ból, a miała go już w nadmiarze. Spojrzała przed siebie, a dokładnie w miejsce, gdzie po oknie znajdowała się dziura. Przekrzywiła delikatnie głowę, mrużąc przy tym oczy i z iskierką nadziei w sercu wyszła z budynku.
Obok znajdowało się delikatne wzniesienie, ale z pewnością nie było ono naturalne. Na jednej ze ścian dziwnego pagórka, znalazła stare, spróchniałe drzwi, ale jeszcze się trzymały. Ostrożnie je otworzyła i z ulgą przyjęła, że się nie rozsypały, gdy weszła i zamknęła je za sobą. Może w środku śmierdziało, a podłoga przypominała bardziej błoto niż ubitą ziemię, ale przynajmniej było ciemno.
Oddaliła się w najdalszy kąt, po czym zaczęła się rozbierać.
Każdy ruch przynosił ze sobą kolejną falę bólu, lecz tylko wstrzymała oddech i dalej pozbywała się ubrań, które raziły skórę. Gdy już została w samej bieliźnie, oparła dłonie o ścianę i zwiesiła głowę, czerpiąc przyjemność z chłodu, który przynosił niezwykłe ukojenie zarówno dla ciała, jak i zmysłów.
Wzdrygnęła się, a z jej ust wyrwało się ciche warknięcie. Chwilę jej zajęło, zanim dotarło do niej, że zasnęła. Powoli się wyprostowała, nabierając powietrza przez nos. Uśmiechnęła się blado, bo wyczuła nadchodzącą noc.
Obejrzała dokładnie swoje ciało i z ulgą przyjęła, że pęcherze wraz z zaczerwienieniami zniknęły. Niestety proces leczenia zabrał ze sobą sporo energii, przez co potrzebowała krwi, a nie mogła pozwolić sobie na polowanie, bo wtedy na pewno by ją znaleźli.
Ubrała się i ostrożnie wyszła z kryjówki, nasłuchując każdego najmniejszego dźwięku, łapiąc każdy najlżejszy zapach. Przymknęła oczy, czekając na podpowiedź, w którą stronę powinna się udać. Gdy tylko uniosła powieki, zaczęła biec. Mijała wioski, miasta, pola, łąki, lasy. Co rusz zmieniała kierunek, żeby przypadkiem nie natknąć się na jakiegoś wampira. Zdawało się nawet, że szczęście jej dopisywało, bo nie spotkała nikogo ze swojego gatunku, ale też nie wpadła na ani jednego wilkołaka.
Zatrzymała się i uniosła głowę. Przyjrzała się niebu, po czym przeniosła spojrzenie na otoczenie. Coś w jej wnętrzu podpowiadało, że powinna kierować się dalej na wschód. Ten nikły impuls, który co jakiś czas pojawiał się w jej umyśle, obiecywał, że będzie bezpieczna, tylko musi tam dotrzeć, a ona naiwnie w to wierzyła. Uczepiła się go jak ostatniego płomyka nadziei i uparcie zmierzała tam, gdzie ją prowadził.
Po kolejnych dwóch nocach ciągłej wędrówki przy braku pożywienia, zaczęła wątpić w słuszność własnego wyboru. Ledwie trzymała się na nogach i już nawet nie potrafiła biec. Dodatkowo mróz wyciągał z niej resztki energii, a śnieg utrudniał widoczność i przemoczył ubranie, które z kolei zamarzło. Była przemarznięta do szpiku kości, głodna jak cholera i pozbawiona perspektywy na poprawę sytuacji.
Kolejny raz potknęła się i wylądowała twarzą w zaspie. Z ledwością się z niej wygramoliła, przeklinając w duchu własną głupotę i bezsilność. Objęła się rękoma, co i tak nie podniosło temperatury jej ciała nawet o pół stopnia. Brnęła nadal przed siebie, choć nie wiedziała już dokąd tak właściwie szła.
Poczuła delikatne szarpnięcie wewnątrz siebie. Odwróciła głowę w bok, a jej serce podjęło nieco szybszy bieg. Może miała omamy, a może szczęście znów się do niej uśmiechnęło, ale w tamtym momencie nie obchodziło jej to. Widziała słaby blask świateł, a w takim ułożeniu mogły oznaczać tylko dom, w którym ktoś musiał mieszkać.
Zmusiła się do stawiania kolejnych kroków, choć jej ciało zdecydowanie odmawiało współpracy. Ostry wiatr zacinał co raz mocniej, skutecznie utrudniając oddychanie. Przez jego ciągłe wycie, momentami odnosiła wrażenie, że ktoś się za nią skradał, a znów innym razem, że do niej szeptał.
Wzdrygnęła się, gdy podmuch smagnął jej bok, co do złudzenia przypominało czyjeś otarcie. Wcisnęła dłonie pod pachy i pochylając lekko głowę, pokonała kilkanaście ostatnich metrów. Z trudem wspięła się po kilku drewnianych stopniach. Potknęła się o ostatni i zatrzymała się na drzwiach. Czołem podparła się o drewno, starając się nie upaść. Wyciągnęła dłoń w kierunku klamki, ale ktoś z drugiej strony ją uprzedził i wpadła wprost w czyjeś ramiona.
– Pomocy – wyszeptała ledwo słyszalnie, po czym jej powieki opadły.

Więc... i jest kolejny rozdział. Nie będę się nad nim za dużo rozwodzić, bo w sumie każdy kto przeczytał, wie co w nim jest. Raczej głównie oparty jest na akcji niż samych rozmyślaniach i uczuciach bohaterów, no ale i taki czasami musi być. :)
Dzięki za obecność i za komentarze. ^^

2 komentarze:

  1. Dobry wieczór :)
    Udało mi się nadrobić wszystkie rozdziały, a czytało je się naprawdę szybko, w dodatku bardzo mnie wkręciłaś w to opowiadanie i już tu zostaję :>
    Przede wszytkim bardzo podobają mi się Twoi bohaterowie. Jest ich dość dużo, ale dbasz o nich, pokazjuesz, że każdy z nich ma swoją historię, swoje pragnienia, lęki i słabości.
    Bardzo intryguje mnie postać Amelii i tego co ona teraz zrobi, gdy uciekła od swoich prześladowców. Mam nadzieję, że sobie poradzi i odnajdzie Lucia. I zżera mnie ciekawość czy spotka się jeszcze z Andreasem... Z jednej strony ten facet mnie przeraża, ale z drugiej jest fascynujący :> Bardzo mi się podoba jak do niej mówił "dziecinko". W ten sposób dodawał jej otuchy i pokazywał, że nie jest mu obojętna. A w tak trudnej dla niej sytuacji myślę, że jego wsparcie na pewno jej się przyda. W dodatku zapewnił, że w nią wierzy, tylko oby ona sama uwierzyła w siebie, to da sobie radę :>
    W sumie to smutne, że porywacze wybrali akurat ją, bo nikt nie będzie jej szukał, bo nikogo nie interesuje. Myślę, że taka samotność musi być straszna. Mam nadzieję, że teraz zmieni się to w życiu Amelii.
    Marta jest też w kiepskiej sytuacji. Ja nawet nie chcę wiedzieć jak ona musiała się czuć. Zginęła jej jedyna rodzina... Najlepszy przyjaciel... Została sama z bólem, tęsknotą i bezradnością. No i co dalej począć? Bardzo jej współczuję, bo jej położenie jest bardzo, bardzo trudne. Przeżywałam razem z nią śmierć Mateusza i to zagubienie, ale jak pomyślę jak dla niej to musiało być trudne... Bardzo mi jej szkoda.
    Najbardziej ze wszystkich polubiłam Camillę :>
    Ta to ma charakterek :) Podoba mi się w niej to, że jest bardzo emocjonalna, że jak się wkurza to tak na maksa, jak się upiera to po całości. Na pewno nie jest łatwą postacią, raczej skomplikowaną. Wszystko przez co przeszła nosi w sobie, sama dźwiga cały ciężar tych najtrudniejszych wspomnień, boi się żeby ktoś się o czymś dowiedział, dlatego przeraża ją myśl, że ktoś grzebałby jej w głowie. Nie dziwię się jej, że uciekła od swoich, skoro nawet Lucio nie chciał jej wierzyć, że go nie zdradziła, że z nikim nie spiskuje. Została z wszystkim sama, nawet Paweł jej nie pomoże. To przykre, gdy zawodzą ci, którzy nie powinni zawodzić... No, ale cóż. Mam nadzieję, że Cama da sobie jakoś radę sama i rowiąże się jej problem. Oby tylko nie doszło do tego, żeby ktoś musiał grzebać w jej umyśle. Na końcu tego rozdziału Cama jest taka bezbronna, jak nie ona zazwyczaj. Bardzo mi jej szkoda. Jestem ciekawa co się wydarzy dalej i kim będzie ten ktoś, kto otworzył jej drzwi...
    Czekam na następny rozdział :>
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! ^^
      Niezmiernie mi miło, że zajrzałaś, no a już w ogóle, że przeczytałaś i Ci się spodobało!
      Tak, bohaterów jest dość sporo przez co w pewnym momencie miałam nawet obawy, czy aby nie jest ich za dużo, ale ktoś rozwiał moje wątpliwości, więc aż tylu ich będzie. ;)
      Amelia miała, delikatnie mówiąc pecha, choć może i nie do końca. Zależy jak na to spojrzeć i ile informacji się posiada na jej temat, bo wiadomo, ja wiem więcej. ;) Z Andreasem się spotkamy jeszcze wszyscy, więc spokojnie, pojawi się. :D
      Z pewnością, to co spotkało Martę nie było ani lekkie, ani kolorowe, ale da jej to „kopa”, bo jak wiesz, ona nigdy w pełni nie żyła, zawsze godziła się na to, co jej narzucano, choć kto wie, czy to nie było lepsze od tego, co może ją spotkać...
      Och tak, Camilla jest specyficzna, ale nie jest taka bez przyczyny, a stawianie jej pod murem, tak jak zrobił to Lucio, jest bardzo złym posunięciem. No ale, co się stało, to się nie odstanie i wszyscy w końcu będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji...
      Tak więc w planach mam wyjaśnienie wszystkiego, czasami będzie mniej, innym razem więcej informacji, ale w końcu wszystko znajdzie swoje uzasadnienie i ciekawość zostaje zaspokojona. Przynajmniej mam taką nadzieję. ^^
      Dziękuję za komentarz, tak jak i same odwiedziny. :)
      Pozdrawiam!

      Usuń