19 sierpnia 2017

Rozdział dziewiętnasty


Anton
– Niedługo będę. – Odsunął telefon od ucha i przeciągnął palcem po ekranie, tym samym kończąc rozmowę.
Spojrzał na zegarek, który wisiał na ścianie w jego pokoju, po czym zaklął pod nosem w swoim rodzimym języku. Przeczesał włosy w nerwowym geście, tworząc na głowie jeszcze większy nieład. Ruszył w stronę drzwi, jednocześnie wypuszczając ze świstem powietrze przez usta.
W mgnieniu oka znalazł się w garażu. W biegu chwycił kluczyki od swojego ulubionego samochodu, a po kilku minutach opuszczał teren posiadłości. Ulice o tak późnej porze nie stanowiły większego wyzwania, więc dostanie się na drugi koniec Poznania nie zajęło mu wiele czasu. Zatrzymał auto pod jednym z bloków i sięgnął po komórkę, którą uprzednio rzucił na fotel pasażera. Jeszcze zanim wysiadł, wybrał numer z książki kontaktów, ale po kilku sygnałach odezwał się kobiecy głos, informując go uprzejmie, że może zostawić wiadomość. Anton skrzywił się lekko, po czym rozłączył się i schował telefon do kieszeni spodni.
Zamykając za sobą drzwiczki samochodu, uniósł głowę, a wzrokiem bezbłędnie odnalazł mieszkanie Marka. Zaciągnął się powietrzem i nie miał już żadnych wątpliwości. Mimo tego, że zapach był ledwo wyczuwalny, to z pewnością należał do wampira.
Anton przeszedł przez trawnik, rozglądając się dookoła, czy aby na pewno nikt niepożądany nie wodził za nim wzrokiem. Gdy tylko znalazł się w budynku, z nadludzką prędkością dotarł przed drzwi z tabliczką, na której widniał numer trzydzieści trzy. Zapukał ostrożnie, po czym nasłuchiwał zbliżających się kroków z drugiej strony.
Odgłos przeskakujących zapadek zamka ustał, drzwi się uchyliły, a w powstałej szparze pojawiła się twarz Marka. Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem, po czym odsunął się, aby wpuścić Antona do środka.
– Zaprosiłeś do mieszkania wampira ubabranego krwią? – Anton spojrzał na Marka, unosząc wysoko brwi. – Głupszej rzeczy nie mogłeś zrobić.
– Wampirzycę – sprostował mężczyzna i ruszył przed siebie. – To jest kobieta i nie wygląda na kogoś, kto mógłby rozszarpać mi gardło.
– Jeszcze mało widziałeś – rzucił pod nosem Anton, idąc za Markiem.
– Prosiła o pomoc. Miałem ją tak po prostu zostawić? – Mężczyzna spojrzał przez ramię. – Bełkotała coś, że wszyscy nie żyją, bała się wsiąść do samochodu, zresztą tak samo jak wejść do mieszkania. Odkąd ją przywiozłem, stoi przy oknie i gapi się na księżyc, jakby go nigdy nie widziała.
– Minęły setki lat, gdy ostatnio miałam możliwość przebywania poza murami. – Cichy głos rozniósł się po pomieszczeniu, a po chwili kobieta odwróciła się od okna. Bursztynowe spojrzenie wbiło się wprost w Antona, a sam wampir słyszał aż nazbyt wyraźnie, jak jej serce znacznie przyspieszyło.
Wampirzyca zrobiła kilka kroków w przód, lecz zatrzymała się gwałtownie, a następnie wycofała w ciemny kąt. Zsunęła się po ścianie na podłogę, po czym podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Mamrotała coś pod nosem, ale żaden z mężczyzn nie rozumiał ani słowa.
Anton posłał Markowi pytające spojrzenie, na co ten wzruszył tylko ramionami.
– Jak masz na imię? – Wampir powoli podszedł do kobiety i przed nią kucnął. Przyglądał się jej uważnie, gdy uparcie milczała, nawet na niego nie patrząc.
– Nie chciała się przedstawić. – Marek oparł się ramieniem o futrynę, zakładając ręce na piersi.
– Skąd ty ją w ogóle wziąłeś?
Wracałem od... przyjaciółki spod miasta, a ona szła środkiem drogi, w ogóle nie zwracając uwagi na otoczenie. – Wszedł do pokoju i przysiadł na fotelu. – Zauważyła mnie dopiero, gdy stanąłem przed nią i zmusiłem, żeby się zatrzymała. Nie od razu zrozumiałem, kim jest, ale kiedy powiedziała, że potrzebuje pomocy, zobaczyłem kły. Chwilami ma przebłyski i łapie kontakt z rzeczywistością, ale ogólnie zachowuje się właśnie tak.
Anton skinął głową Markowi, po czym przeniósł wzrok na wampirzycę, która chowała twarz we własnych ramionach.
– Kiedy ostatnio jadłaś? – zapytał, a ona zesztywniała. Ostrożnie podniosła głowę i szybko zamrugała, otwierając jednocześnie usta, które jednak po chwili zamknęła.
Przez twarz wampirzycy przebiegł cień, a w oczach pojawiły się łzy. Potrząsnęła energicznie głową i popatrzyła na Marka, po czym przeniosła wzrok z powrotem na Antona.
– Nie mogłabym – wyszeptała. Wzięła głęboki wdech, a palce zacisnęła na własnych kolanach. – Nie potrafię.
– Jak... – Anton ściągnął brwi i przez chwilę wpatrywał się intensywnie w bursztynowe tęczówki, które lśniły od powstrzymywanych łez. – Nigdy nie piłaś krwi?
– Piłam, ale nie... – Wciągnęła powietrze ze świstem i przysłoniła usta dłonią. Dopiero po dłuższej chwili zapanowała nad sobą na tyle, aby znów móc się odezwać. – Zawsze piłam z naczynia, nigdy z... człowieka.
Oczy Antona rozszerzyły się w niemym zdziwieniu, ale nic na to nie powiedział. Przeczesał palcami włosy w zamyśleniu, a kobieta odwróciła wzrok i znów objęła kolana ramionami. Wampir wstał i ruszył w stronę wyjścia z pokoju, dając głową znak Markowi, żeby ten szedł za nim. Anton bez problemu trafił do kuchni, w której ściągnął kurtkę i rzucił ją na krzesło.
– Daj szklankę – zażądał, podwijając jednocześnie rękaw koszuli.
– Co chcesz zrobić? – Marek otworzył szafkę, ale zanim wyciągnął z niej naczynie, wbił pytające spojrzenie w wampira, który westchnął ciężko.
– A jak myślisz? – Uniósł wysoko brwi, a gdy mężczyzna podał mu szkło, przebił kłami skórę na nadgarstku, po czym pozwolił, aby krew swobodnie spływała po jego skórze. – Podejrzewam, że to jej zagubienie to nie tylko strach, ale przede wszystkim brak pożywienia. I tak dziwne, że się na ciebie nie rzuciła.
– Nawet mnie nie strasz. – Marek skrzywił się lekko.
– Nie straszę, tylko stwierdzam fakty. – Anton wzruszył ramionami. – Głodny wampir to cholernie niebezpieczny wampir, tyle się znamy, że powinieneś o tym wiedzieć.
Przecież wiem. Ale skąd mogłem wiedzieć, że ona jest głodna? – Mężczyzna oparł się o szafkę i założył ręce na piersi. Przyglądał się, jak wampir zaciskał i prostował palce na zmianę, a z każdą sekundą krwi w szklance przybywało. – Uwierz mi, że normalnie nie spotyka się was na ulicy. Poza tym macie w sobie coś takiego, że od razu można wyłowić was z tłumu, ale nie ona.
– Nie ona – powtórzył za nim Anton, a po chwili uniósł nadgarstek do ust. Gdy odsunął rękę, nie miał już śladu po ugryzieniu. Ściągnął rękaw koszuli i chwycił szklankę. – Poczekaj tutaj.
Wszedł ostrożnie do pokoju, w którym w kącie nadal kuliła się wampirzyca. Ponownie kucnął przed nią, a gdy podniosła głowę, uśmiechnął się do niej lekko. Ona jednak nie odwzajemniła tego uśmiechu, za to wciągnęła głęboko do płuc powietrze, po czym zacisnęła usta, aż stały się pojedynczą, bladą kreską. Anton wyciągnął rękę, w której trzymał szkło, przed siebie, a wampirzyca wlepiła w nią wzrok, bezwiednie oblizując wargi. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym przeniosła spojrzenie na mężczyznę.
– Czy to...
– To dla ciebie. – Skinieniem głowy zachęcił ją, aby wzięła od niego naczynie.
A gdzie... – Spojrzała ponad ramieniem Antona, a gdy nie zobaczyła nikogo więcej, w jej oczach pojawiło się przerażenie.
To moja krew – poinformował ją, uśmiechając się przy tym delikatnie. – Marek jest cały i zdrowy, czeka, aż się pożywisz.
Kobieta jeszcze przez dłuższą chwilę się wahała, ale w końcu sięgnęła po szklankę i powoli przystawiła ją do ust. Dłoń zadrżała jej nieznacznie, gdy krew dotknęła języka. Przymknęła powieki, gdy ciecz swobodnie spływała w dół gardła, sprawiając, że wampirzyca nieco się rozluźniła. Gdy opróżniła naczynie, niechętnie oddała je Antonowi, na nowo skupiając na nim wzrok.
– Ja... – zaczęła, ale urwała nagle zawstydzona. Wzięła głęboki wdech, żeby następnie powoli wypuścić powietrze przez usta. – Dziękuję.
Anton skinął jej głową w odpowiedzi.
– Ale nie to chciałaś powiedzieć – stwierdził łagodnym tonem. Wyraźnie wyczuwał jej zdenerwowanie, przez co uniósł dłonie w poddańczym geście. – Nie naciskam, ale znacznie łatwiej byłoby, gdybyś zaczęła mówić.
Wampirzyca zacisnęła zęby i dłonie, ale Anton w powietrzu nie wyczuł złości, tylko strach. Wyprostował się, a po chwili wyciągnął w jej stronę wolną rękę i czekał. Ona wpatrywała się w dłoń, aż w końcu zdecydowała się ją ująć, na co Anton uśmiechnął się z ulgą. Poprowadził ją ku kanapie, na której oboje usiedli. Odstawił szklankę na podłogę i spojrzał wprost w bursztynowe tęczówki.
– Marta – powiedziała, spinając wszystkie mięśnie. – Na imię mam Marta.
– A ja Anton. – Oparł ręce o uda i zaplótł ze sobą palce. – Tylko, proszę, nie nazywaj mnie Antonim.
– Nie nazwę – zapewniła szybko, a jej serce znów przyśpieszyło.
– Boisz się mnie. – Wampir zmarszczył brwi. – Dlaczego?
Ja nie... – Na moment ukryła twarz w dłoniach, a gdy ją odsłoniła, w jej oczach widział dezorientację, strach, ale również podekscytowanie. – Jesteś taki jak ja, prawda?
– To znaczy?
Inaczej pachniesz, nie tak, jak ludzie. – Poruszyła się nerwowo i wbiła w niego wzrok. – Jesteś wampirem?
Anton wyprostował się i spoglądał na nią co najmniej zszokowany. Przeczesał włosy palcami, a w jego głowie kłębiły się przeróżne myśli, które ostatecznie sprowadzały się do tej jednej, która zdawała się być absurdalną.
– Sądziłaś, że jesteś jedyna? – zapytał w końcu, nawet nie starając się ukryć zdziwienia.
– Do tej pory nikogo podobnego mnie nie widziałam. – Zgarbiła lekko ramiona, a gdy spojrzała na swoje dłonie, na których widoczna była zaschnięta krew, w jej oczach wezbrały łzy. – Mieszkałam z zakonnikami, a teraz oni wszyscy nie żyją... Mateusz nie żyje...
Otarła łzy, ale kolejne spływały po policzkach; już nawet nie próbowała ich powstrzymywać, tylko pozwoliła, aby wszelki żal i smutek razem ze słonymi kroplami opuszczał jej serce.
– Wybiłaś wszystkich w zakonie? – W progu stanął Marek z szeroko otwartymi oczami, przeskakując wzrokiem między Antonem a wampirzycą.
– Nie. – Potrząsnęła głową w zaprzeczeniu. – Nie mogłam wyjść, a gdy mi się udało... Wszędzie była krew i... ciała... mnóstwo ciał... – Zaczerpnęła spazmatycznie powietrza, a po chwili przysłoniła usta dłońmi.
– Ty myślisz, że ta rzeź w klasztorze, to ona? – Anton spojrzał przenikliwie na Marka, a po chwili pokręcił głową. – Tam było z piętnaście wilkołaków z rozszarpanymi gardłami.
– A co było w hotelu?
– Tam był Lucio z Nikolajem, a nie zagubiona wampirzyca, która mimo głodu cię nie skrzywdziła. – Wampir wstał i popatrzył z góry na zapłakaną Martę. – Naprawdę uważasz, że to ona?
Nie wiem. – Marek wzruszył ramionami i podszedł do Antona. – Według technika najpierw zginęli zakonnicy, ale prawdopodobnie z rąk tych młodych chłopaków, choć nie wie, jak to możliwe.
– Wilkołaków – poprawił go machinalnie.
– A później, jak wolisz, wilkołakom ktoś rozszarpał gardła, a moim zdaniem to robota jednego z waszych. A skoro ona mieszkała z zakonnikami, a tamci ich pomordowali, to mogła wpaść w szał i wziąć odwet.
– Myślisz jak policjant, a nie jak wampir. – Anton skrzyżował ręce na piersi. – Jeśli traktowała ich jak rodzinę, to nie uciekłaby. Poza tym krew ma na dłoniach, rękawach i na spodniach, a twarz, szyja, przód bluzki bez śladu.
– Mogła się umyć.
– Już to widzę. Wsadziła głowę do wiadra z wodą, żeby tylko nie zmyć krwi z rąk.
– Jest środek nocy, miałem ciężki dzień w robocie i wyczerpujący wieczór, chyba w takich okolicznościach mogę nie myśleć do końca trzeźwo, co? – Marek uśmiechnął się półgębkiem.
– Wilkołaki istnieją? – Mężczyźni spojrzeli zaskoczeni na Martę, która siedziała zgarbiona, ale już nie płakała, za to przysłuchiwała się ich rozmowie.
– I to jest naprawdę ciekawe. – Anton zmarszczył brwi, przyglądając się badawczo kobiecie. – Istnieją i ostatnim czasem dają się we znaki, ale o nich porozmawiamy później. Teraz byłbym ci naprawdę wdzięczny, gdybyś chciała pójść ze mną.
– Dokąd? – Serce wampirzycy znów podjęło szybszy bieg, na co Anton westchnął cicho.
– Do domu, który jest znacznie lepiej przystosowany dla nas niż to mieszkanie. Gdy wzejdzie słońce, a ty tu zostaniesz, to bardziej niż pewne, że zostanie z ciebie kupka popiołów. Chyba wiesz, że słońce cię zabije?
Marta skinęła głową i ostrożnie wstała. Objęła się ramionami, robiąc jednocześnie kilka głębokich wdechów.
– Ale czy ja mogę ci zaufać? – To jedno, banalnie proste pytanie zszokowało na tyle Antona, że otworzył usta, ale przez dłuższą chwilę nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– Akurat ten tutaj to jeden z najporządniejszych wampirów. A skoro ja, człowiek, mu ufam, to ty tym bardziej możesz.
– Dziękuję – wyszeptała w kierunku Marka, po czym przeniosła wzrok na Antona, który gestem dłoni wskazał jej wyjście na korytarz.
Wyszli z budynku powoli, jak zwykli ludzie, a nie para istot niemal nieśmiertelnych. Marta szła przodem, ściśle objęta własnymi ramionami, a wampir podążał tuż za nią, rozglądając się po okolicy. W pewnym momencie wyprzedził ją i podszedł do czarnego audi, a następnie otworzył drzwi od strony pasażera. Kobieta zauważalnie zawahała się, ale wsiadła do auta, a zaledwie kilka sekund później jechali wąską ulicą, chcąc wyjechać z osiedla bloków.
Kątem oka obserwował, jak Marta wodziła wzrokiem po krajobrazie za szybą, a na jej twarzy na zmianę malował się zachwyt, konsternacja, zniesmaczenie. Jednak podczas drogi ona się nie odzywała, a on nie wypytywał. Owszem, powinien wiedzieć wszystko, aby przedstawić sytuację Luciowi, ale starszego wampira i tak nie miało być przez kilka dni, więc z przesłuchaniem mógł poczekać, aż wampirzyca doprowadzi się do ładu, porządnie się pożywi i odpocznie. Z tą myślą wjechał na podjazd rezydencji, a Marta wstrzymała oddech, co usłyszałby nawet człowiek. Gwałtownie odwróciła głowę w stronę Antona, a w jej oczach gościło pytanie, które odczytał bezbłędnie.
Nie należy do mnie. – Uśmiechnął się krzywo, zatrzymał samochód przed bramą garażową i czekał, aż ona się uniesie. – Tu mieszka przywódca klanu, a razem z nim inne wampiry. Jeśli ty nie należysz do klanu i nie masz gdzie się podziać, a przede wszystkim jeśli będziesz chciała, to możesz tu zamieszkać, o ile Lucio wyrazi zgodę, ale to raczej tylko formalność.
Anton wrzucił bieg, a auto delikatnie ruszyło do przodu. Zaparkował je w garażu na swoim stałym miejscu i po prostu wysiadł. Marta, choć z ociąganiem, zrobiła to samo. Ruszyła za wampirem, gdy ten bez słowa szedł w stronę jednych z drzwi.
Rozejrzała się uważnie po korytarzu, do którego wpuścił ją Anton. Wciągnęła powietrze w nozdrza, po czym zmarszczyła nos.
– Inaczej tu pachnie.
– Mamy nawet inny zapach w domu niż ludzie, przywykniesz. – Wskazał jej dłonią kierunek. – Tędy.
Po kilku minutach dotarli do prawego skrzydła, gdzie wampir wybrał dla Marty jeden z przytulniejszych pokoi. Gestem dłoni zachęcił ją, aby weszła do środka, a gdy zamknął za nimi drzwi, jej puls znacząco przyspieszył. Rozejrzała się po pomieszczeniu, po czym utkwiła spojrzenie w Antonie, ale ten nie mógł nic wyczytać z jej oczu nic poza strachem.
Westchnął ciężko, a palcami przeczesał włosy. Milcząc, podszedł do drzwi, które znajdowały się na bocznej ścianie. Otworzył je i rozejrzał się po łazience. Spojrzał przez ramię na Martę, ale nim zdążył się odezwać, rozdzwonił się jego telefon. Wyciągnął komórkę z kieszeni i przeciągnął palcem po ekranie.
To coś pilnego? Nie mam zbyt dużo czasu.
– Już załatwione, ale raczej pilne. – Anton zmierzył wzrokiem stojącą pośrodku pokoju kobietę. – Marek znalazł wampirzycę zaraz za Poznaniem. Teraz jest u nas.
Jak znalazł? Ktoś ją przemienił i porzucił? – W głosie Lucia pobrzmiewało niedowierzanie. – A co z Markiem? Zrobiła mu coś?
Nic mu nie jest. Ona jest bardzo... łagodna. Poza tym raczej nie jest młodzikiem.
Dobra, bo muszę kończyć. Dasz sobie z nią radę?
– Jasne, na razie się dogadujemy. – Anton uśmiechnął się słabo, gdy Marta zwróciła na niego swoje spojrzenie. – A słuchaj, ktoś widział Camę?
Nie. – Lucio westchnął cicho. – Wrócę w sobotę, to pogadamy. Na razie.
Wampir wpatrywał się w wyświetlacz komórki, mimo że ten po kilkunastu sekundach zgasł. Nie podobało mu się, że Camilla zniknęła, a jeszcze bardziej to, że nikt jej nie widział. Co prawda to właśnie ona widniała na zdjęciach, które przedstawił Lucio, ale mimo wszystko nie mógł do końca uwierzyć, że ona się od nich odwróciła. Przymknął powieki, a w jego umyśle pojawiło się wspomnienie. Było jednym z tych, które lubił w szczególny sposób, choć wtedy marzył o tym, żeby cofnąć czas...

Polska, Białe Błota, 24 grudnia 1985 roku
Nie rozumiem, po co mnie tu przyprowadziłeś. – Camilla westchnęła ciężko i okręciła się wokół własnej osi, ale uśmiech nie schodził jej z ust. – Przecież tu nic nie ma.
Czy ty zawsze musisz tak marudzić? – Anton przewrócił teatralnie oczami. – Miałaś jakieś lepsze plany?
Nie wiem, może... rozpakowywanie prezentów od ciebie i Lucia! – Uśmiechnęła się szeroko, ukazując przy tym wszystkie zęby, łącznie z ostrymi kłami.
W tym roku nic ci nie kupiłem, bo byłaś niegrzeczna.
Zawsze jestem – prychnęła, ale po chwili roześmiała się na głos. – Piękna noc.
Yhm... – Anton skinął w zamyśleniu głową. – Dlatego będzie dobrze widać.
Co takiego? – Camilla przyspieszyła i zrównała krok z mężczyzną. Chwyciła go za ramię, zmuszając, żeby na nią spojrzał. – Co takiego będzie widać?
Zobaczysz. – Westchnął głośno. – Nie patrz tak na mnie! I tak ci nie powiem, bo nie będzie niespodzianki.
Wiesz, że ich nie lubię.
Ale ta ci się spodoba – zapewnił z przekonaniem wampir.
Rozejrzał się i skręcił w kierunku, gdzie zaspy wydawały się być jeszcze wyższe, na co Cama jęknęła. Spojrzał na nią z ukosa, chwycił za dłoń i pociągnął za sobą. Szli jeszcze kilka minut, brodząc po kolana w śniegu. W końcu dotarli do miejsca, które kończyło się urwiskiem, ale rozciągał się stamtąd wspaniały widok na zamarznięte jezioro i gęsty las, nad którym wisiało rozgwieżdżone niebo bez ani jednej chmurki.
Gdy spadła pierwsza gwiazda, Camilla wciągnęła ze świstem powietrze, żeby wstrzymać oddech. Zrobiła jeszcze kilka kroków do przodu, unosząc wysoko głowę. Spadających gwiazd było coraz więcej, a ona wpatrywała się w nie z dziecięcą fascynacją, co jakiś czas spoglądała na Antona i posyłała mu szeroki uśmiech. Kiedy ostatnia gwiazda przemknęła po niebie, Camilla bez słowa podeszła do mężczyzny i zarzuciła mu ręce na szyję.
To był najlepszy prezent – wyszeptała, przytulając go w podziękowaniu.
Wiedziałem, że ci się spodoba. – Anton uśmiechnął się, gdy się odsunęła. – Wracamy?
Camilla skinęła głową i ruszyła przodem. Tym razem już nie marudziła, tylko szła przed siebie z zadartą głową ku górze. W pewnym momencie potknęła się i straciła równowagę. Anton, chcąc ją uchronić przed upadkiem, doskoczył do niej i chwycił za ramię, ale również i on wylądował w śniegu. Wampirzyca przeturlała się na plecy, a jej głośny śmiech roznosił się w przestrzeni. Podparła się na łokciach i, nie przestając się śmiać, przyglądała się, jak Anton próbował wygramolić się z zaspy, a gdy mu się to w końcu udało, zgarnęła w dłonie śnieg i rzuciła nim mężczyznę prosto w twarz. Wampir zamrugał zdezorientowany, ale już po chwili wisiał nad nią i próbował się odwdzięczyć.
Poddaje się! – krzyknęła przez śmiech Cama, gdy kolejna porcja białego puchu wylądowała na jej nosie.
Na pewno? – Anton uniósł wysoko brwi. – Bo znając ciebie, to ja się odwrócę i dostanę z kulki.
Obiecuję. – Spojrzała mu prosto w oczy i uniosła dłoń, wyciągając w jego stronę mały paluszek. – Słowo wampira.
Anton wykonał ten sam gest i już miał się podnieść, lecz coś go powstrzymało. Wpatrywał się w fiołkowe tęczówki, a w kolejnej sekundzie pochylił się i złożył na ustach Camilli delikatny pocałunek. W pierwszej chwili nawet wydawało mu się, że ona go odwzajemniła, ale gdy poczuł na klatce piersiowej dłonie, które go odpychały, a w oczach zobaczył strach, zrozumiał, że popełnił błąd.
Przepraszam... – Podniósł się błyskawicznie i palcami przeczesał wilgotne włosy. – Nie chciałem...
Zapomnijmy o tym. – Cama wstała i otrzepała spodnie ze śniegu. Po czym podniosła na niego wzrok. – Dobrze?
Anton nic nie odpowiedział, tylko skinął powoli głową. Nie wiedział, dlaczego ją pocałował, a już w ogóle nie rozumiał, dlaczego ona tak zareagowała. Fakt, Camilla nie była jego życiową partnerką, w innym przypadku by to wyczuł, ale naprawdę ją lubił, a może i nawet kochał.

Kim jest Cama? – Głos Marty wyrwał go z zamyślenia. Zamrugał zdezorientowany, po czym skupił spojrzenie na wampirzycy, która przyglądała mu się badawczo i stała znacznie bliżej, niż zapamiętał.
– Bardzo bliską przyjaciółką. – Schował komórkę do kieszeni i uśmiechnął się na własne wspomnienie. – Niemal siostrą.
– Zniknęła?
– Skąd wiesz? – Anton zmrużył oczy, jednocześnie robiąc krok w przód.
– Nie, ja tylko... – Wciągnęła powietrze do płuc, a po chwili ostrożnie je wypuściła i zdecydowała się spojrzeć wampirowi prosto w oczy. – Pytałeś, czy ktoś ją widział.
Mężczyzna rozluźnił się nieco, uświadamiając sobie, jak głupia była jego reakcja na pytanie Marty. Przecież ona nie znała Camilli, w innym przypadku wiedziałby o tym, bo przecież ona nie utrzymywała kontaktów z innymi wampirami, a już w ogóle z tej samej płci.
– Przepraszam – powiedział łagodnym tonem. – Nie chciałem cię wystraszyć, po prostu mamy tutaj problemy, a ona zniknęła i się martwię.
Rozumiem – odparła cicho Marta, zaplatając palce dłoni przed sobą i spuszczając wzrok.
Przyniosę ci coś świeżego do ubrania i pościel. Na pewno chciałabyś się umyć. – Kobieta skinęła nieznacznie głową, a on wskazał na drzwi. – Tam jest łazienka. Z tego, co zauważyłem, to i ręczniki i kosmetyki są, więc śmiało korzystaj.
– A...
– Krew też przyniosę. – Uśmiechnął się lekko, po czym skierował się do wyjścia. – A później porozmawiamy.
– Anton?
– Tak?
Dziękuję. – Na ustach Marty pojawił się niemal niezauważalny uśmiech, ale wampir wyraźnie wyczuł, że mówiła to szczerze, a w dodatku w powietrzu przestał unosić się zapach strachu, co odbierał za dobry omen.

Witajcie! Urlop mi się kończył, więc już teraz wrócę do regularnego pisanie i rozdziały będą pojawiały się trochę częściej niż raz na miesiąc – przynajmniej mam taką nadzieję. :)
Rozdział z perspektywy Antona jest na pewno czymś nowym, ale zdecydowanie potrzebnym i chyba każdy kto tęsknił za Martą, a przede wszystkim chciał wiedzieć co się z nią stało, to myślę, że po części został usatysfakcjonowany.
Niedługo pewnie i dowiecie się, co spotkało Amelię po opuszczeniu ośrodka.
Dziękuję za opinię i obecność, bo to właśnie Wy najbardziej motywujecie do pisania! ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz